Szczęśliwym trafem przed odwiedzinami ojczyzny zerknąłem na stronę Alchemii, miejsca, w którym od jakiegoś czasu dzieje się dużo ciekawych dla mnie rzeczy. Szkoda tylko, że tak rzadko mogę się tam pojawić. No dobra. Już dotarłem.

O stoliku słyszałem relacje z koncertów, trochę czytałem no i widziałem kiepskiej jakości fragmenty przedstawienia. To wszystko zwielokrotniło mój apetyt na osobiste „skonsumowanie” projektu Karbido.
Była to jedna z najsmakowitszych moich kolacji.
Właściwie ciężko określić czy to był koncert, czy bardziej muzyczny performance.

Jednego jestem niemal pewien mianowicie tego, że kwartet nie jest zwykłym zespołem.
Tylko muzycy o dużej wyobraźni mogą stworzyć taki projekt. Oczywiście nie wystarczy tu tylko wyobraźnia i zmysł techniczny czy lutniczy, do tego jeszcze musi być boska iskierka tzw. talent. Wrocławianie niewątpliwie ów dar posiadają i w mistrzowski sposób go wykorzystują.
Jest to godzinna wycieczka właściwie dla każdego otwartego słuchacza.
A wszystko to dzięki tak prymitywnemu z pozorów blatowi i czterem nogom, no i oczywiście czterem personom przy nim zasiadającym, które zamiast powiedzieć „stół z powyłamywanymi nogami”, wyśpiewały, wyszeptały i wykrzyczały stół z pokręconymi dźwiękami.

Chłopaki budują nastrój, rozwijają dźwiękowe krajobrazy, które bardziej zachęcają do wycieczek niż kolorowe plakaty w biurach turystycznych. A wszystko przy niby skromnym instrumentarium, głosach i niewyrafinowanym oświetleniu.

Przy tej całej niby awangardowości projektu jednak (może na szczęście) są sygnały, że mamy odczynienia z klimatem generowanym przez ludzi z krwi i kości. Słychać ich upodobania muzyczne czy po prostu nawiązania do ogólnie znanych i przyswajalnych utworów. (Tu się zastanawiałem czy to wynikało z zabiegów marketingowych czy po prostu tak) Przez stolik przewijają się klimaty klubowe, etniczne dźwięki z rozbębnionej Afryki czy gardłowe śpiewy ala Yat-Kha no i jak wszędzie rock. Jak na jazzowy zespół (jak gdzieś wyczytałem) przystało w występ były i wplątane tzw. standardy, z których wyłapałem Hej Joe i Siała baba mak (tu niestety tylko refren)

Mam nadzieję jeszcze być świadkiem cięcia, głaskania, lizania ….. itp.itd. blatu, co zapewne w innym czasie przyniesie mi inne, nowe doznania. Na razie z pewną nieśmiałością, a nawet zażenowaniem siadam do stołu z widelcem i nożem, że już nie wspomnę o łyżce.