Czekałem na ten koncert kilka miesięcy, pierwszy przegapiłem tzn. nie dostałem już biletów i miałem długotrwałego kaca, że nie byłem na występie grupy, która dla mnie tak wiele znaczyła w młodości, (co ja pisze przecież wciąż jestem mentalnym nastolatkiem) w pewnym sensie ukształtowała moje podejście do życia i wiąże się z tak wieloma pięknymi wspaniałymi.
Mając już bilety byłem pełen obaw czy aby się nie zawiodę, bo w końcu reanimacja The Doors bez co tu dużo mówić haryzmatychnego Morrisona przypominać mogła polską prywatyzacje. Wiadomo ci co pozostali tez muszą z czegoś żyć.
Na nieco drżących nogach zszedłem pod samą scenę i dostałem takiego kopa już od pierwszych dźwięków, że wiedziałem że jednak to będzie ten wieczór, który mogę zapisać jako podróż w czasie.
Słyszałem opinie, że starych grzanek się nie odgrzewa, a ja ich spróbowałem i myślę ze równie dobrze smakowały jak kilkanaście lat temu.
Co prawda w menu pozostały tylko dwa składniki tzn. R.Manzarek i R.Krieger ale przyprawy z The Cult chyba zbytnio nie zaszkodziły potrawie a dodane do smaku nowe bębny i cztery struny basu w zasadzie nie wniosły nic nowego ani nie zepsuły smaku całej grzaneczce.

Ray widać wydoroślał, ale to wcale nie wpłynęło na jego temperament. W solówkach klawiszowych dało się słyszeć więcej nutek jazzujących , ale generalnie i tak pozostał siwiejącym "buntownikiem" (nie omieszkał przeprosić ze sceny za prezydenta USA, który jest niewąskim kretynem, no ale matka ziemia wielu takich nosi), który dobrze się czuje w tym co robi i najwidoczniej robi to cały czas z przyjemnością i z konieczności tworzenia a nie tylko odgrzewania mrożonek.

Oczywiście najwięcej kontrowersji było wokół osoby zajmującej miejsce Jima .... Ian Astbury jak dla mnie wyśmienicie wtopił się w klimat The Doors mimo że u szczytu ich sławy był zaplutym berbeciem w jakimś zapyziałym angolskim przedszkolu.
Może i właśnie wybór tego wokalisty sprawił, że koncert był super. Ian ma świetny głos, który chwilami nawet lepiej brzmiał niż znany tylko z płyt głos zaćpanego króla Jaszczurów,na którego trochę się stylizuje Astbury czego nie da się nie zauważyć.

Super była dopracowana sama oprawa koncertu, światła nadające niesamowitych kolorów no i telebim, na którym cały czas przelatywały obrazki jakby teledyski do poszczególnych utworów. Obraz rozmaity od jadącego na rowerze ulicami Paryża Jima, przez demonstracje pacyfistów, scenki wojenne do totalnie abstrakcyjnokwasowych obrazów pulsujących podobnie do mojej krwi w skaczącym ciele pod sceną.
Słowem było zajebo.

Kliknij zdjęcie, aby powiększyć widok.