Czterodniowa impreza organizowana przez BEURS pt. KLINKENDE MUNT, to bez wątpienia wydarzenie, w Bruxelles, na które należało zwrócić uwagę.
Jak to niestety w tym podłym życiu bywa nie dane mi było zobaczyć wszystkich koncertów (no bez przesady nie wszystkie tez były na tyle ciekawe by zmienić na te cztery dni zameldowanie od 18.30).
Niewątpliwie jak dla mnie gwoździem programu był angielski kwartet ACUSTIC LADYLAND, który poznałem jakiś czas temu dzięki czujnemu uchu Rashomona.
Ubiegłoroczny album Last Chance Disco długo nie wychodził z grajnika, powodując nieustające ciarki i puchniecie głowy od nadmiaru kumulowanej energii.
No i tak tez wyglądał koncert. Muzycy już chyba zapomnieli, że nagrali Camouflage, album typowo jazzowy, grzeczny dla trochę pokręconych studentek, ale już niepasujący sfrustrowanym facetom, którzy potrzebują porządnego kopa w ucho by przeżyć dzień do końca.
Od samego początku nie było zmiłuj się. Oczywiście z całej czwórki największą charyzmą i energią emanuje Pete, który jako wokalista trochę mi przypominał Johna Rottena z Sex Pistols. No i było tez coś z protoplastów punck-rocka w dźwiękach AL. Sax w tym składzie to istna torpeda.
Odniosłem wrażenie, że w tej chwili to trójka zespołu tak na prawdę tylko akompaniuje Warehamowi. Jak jeszcze pojawiło się solo na klawisz tak Tom mógł sobie tylko poprawić okulary by lepiej widzieć bas, a Seb mimo wyśmienitej gry robił cały czas wrażenie pacjenta zupełnie nie obecnego na scenie. Z drugiej strony strasznie mi się podobało to niewzruszenie perkusisty, który od pierwszego do ostatniego kawałka miał taką sama minę i nawet nie zauważyłem mrugnięcia przy totalnie czadowych przejściach.
Polecam spotkanie z Acustic Ladyland na żywo, bolą kichy ale dusza śpiewa.